Okładka - Jest taka sprawa... - Sprawy i zlewy - Tu byłem... - Podgląd - Podsłuch - Wizja lokalna
Zasady współpracy - Archiwum - Sprawcy

 



ORĘŻ PRZECIWKO PRACODAWCOM

Ryszard Rapacz




Przepisy rodem ze Strasburga, niczym sierp puszczony w ruch, koszą równo i przy samej ziemi. Najnowszą ciekawostką, która odbije się czkawką od Lizbony po Helsinki, jest niedawne orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Otóż szacowna ta instytucja orzekła, że podsłuchiwanie przez pracodawcę prywatnych rozmów telefonicznych i czytanie prywatnej korespondencji e-mailowej pracownika jest niezgodne z prawem. Mianowicie narusza art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. W myśl wspomnianego artykułu "każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego i rodzinnego, swojego mieszkania i swojej korespondencji. Niedopuszczalna jest ingerencja władzy publicznej w korzystanie z tego prawa z wyjątkiem przypadków przewidzianych przez ustawę i koniecznych w demokratycznym społeczeństwie z uwagi na bezpieczeństwo państwowe, bezpieczeństwo publiczne lub dobrobyt gospodarczy kraju, ochronę porządku i zapobieganie przestępstwom, ochronę zdrowia i moralności lub ochronę praw i wolności osób".
Podchodząc do sprawy czysto teoretycznie, trudno nie zgodzić się z tym zapisem. Nikt nie lubi, kiedy wchodzi mu się w butach w życie osobiste, albo zagląda przez okno do sypialni (oprócz Holendrów - ci nawet na parterze nie wieszają zasłon i nie montują żaluzji). Przed inwigilacją ze strony aparatu państwowego trzeba się bronić rękami i nogami. Obywatel też człowiek.
Ten medal ma jednak drugą stronę, już nie tak lśniącą. O tym jak łatwo jest zinterpretować przepis na własną korzyść wiedzą nie tylko agenci służb specjalnych. Bezpieczeństwo państwowe, w dobie wojny z terroryzmem, to pojęcie z gumy. Można je dowolnie naciągać w różne strony. Podobnie z ochroną porządku, a już na pewno ochroną moralności.
Skąd się jednak wzięło wspomnane orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka? Z oskarżenia wniesionego przez niejaką Lynette Copland przeciwko pracodawcy. Pani ta była zatrudniona w walijskim Carmarthenshire College. Twierdziła ona, że przez ponad dziesięć lat jej prywatna korespondencja przesyłana pocztą elektroniczną, jak i jej rozmowy telefoniczne były podsłuchiwane przez dyrektora szkoły.
Co na to Trybunał? Uznał on, że rejestrowanie i przechowywanie prywatnych informacji o pani Copland naruszało jej prywatność i tajemnicę korespondencji, a dodatkowo było wykroczeniem poza reguły prawa. Trybunał wyszedł z założenia, że pracodawcy sporadycznie mogą, a nawet powinni monitorować pracowników, ale akurat ten przypadek nie kwalifikował się do takiego postępowania w demokratycznym społeczeństwie. Dzięki orzeczeniu Trybunału Lynette Copland otrzyma kilka tysięcy euro odszkodowania.
Gdyby sprawa dotyczyła tylko Walii, byłaby godna zaledwie wzmianki. Niestety, zatoczy ona znacznie szerszy krąg i w rezultacie obejmie wszystkich pracodawców na terenie Unii Europejskiej. Pojawił się precedens, który - przy odpowiedniej manipulacji, da pracownikom do ręki groźny oręż przeciwko pracodawcom. Cóż bowiem oznacza orzeczenie Trybunału przełożone na prosty język? Ano to, że każdy może w godzinach pracy używać do woli służbowego komputera do wysyłania prywatnych emaili, i służbowego telefonu do prywatnych rozmów, a pracodawca może mu w związku z tym skoczyć na kij bambusowy. To ma być prawo?! Przecież ten przepis nie tyle chroni prywatność pracownika, ile godzi we własność prywatną pracodawcy. Jeśli jestem przedsiębiorcą, kupuję komputery, wyposażam biuro - to czy nie jestem właścicielem tego sprzętu? A skoro tak, to komputer i wszystkie zapisane na nim dane należą do mnie. Jako pracodawca i właściciel firmy mam zawsze prawo skontrolować firmowy (czyli swój) komputer, tak jak wolno mi sprawdzić co przewozi moim samochodem zatrudniony przeze mnie kierowca. Komputery i telefony firmowe służą wyłącznie do celów służbowych. Z zasady więc wszelka korespondencja i rozmowy nie są prywatne. Komu się nie podoba, może zmienić pracę, powiedzmy na roboty drogowe. Tam nie używa się komputera ani komórki, nie ma więc ryzyka "inwigilacji".
Zgadzam się, że czytanie cudzych listów jest naruszeniem tajemnicy korespondencji, a podsłuchiwanie rozmów telefonicznych - naruszeniem prawa telekomunikacyjnego. Ale na szczęście istnieją też sposoby na kontrolę poczynań pracownka bez łamania przepisów. Średnio zdolny informatyk potrafi sporządzić logi z komputera, z którego korzysta pracownik, zaś zweryfikować billing otrzymany od operatora może nawet sam szef. Ustalenie, czy korespondencja była związana z wykonywanymi obowiązkami, czy też nie - to wtedy bułka z masłem. Można też blokować strony internetowe ze skrzynkami pocztowymi albo komunikatory w rodzaju Gadu-Gadu. Naturalnie najlepiej, kiedy w firmie panuje atmosfera wzajemnego zaufania; ale zaufanie to jedno, a kontrola - drugie.
W Polsce ciągle powszechna jest komusza mentalność: krwiopijczy pracodawca jest be, a ciemiężony pracownik - cacy. Znów ktoś dostanie szansę przykręcenia śruby przedsiębiorcom. Tym kimś bez wątpienia będą związki zawodowe z jednej strony, a urzędy z drugiej. Oby tak dalej. Kiedy następnym razem skorumpowany urzędnik państwowy sformatuje dysk twardy tłumacząc, że miał na nim zapisaną prywatną korespondencję, będzie miał stuprocentowe poczucie bezkarności. W końcu nikomu nie wolno naruszać jego prywatności.

 

Góra
 
Okładka



www.sprawa.pl
Wszelkie prawa zastrzeżone